Vita Activa Adama Podgóreckiego

 

Andrzej Kojder
(w: „Więź” 1999, nr 6, s. 123-132)
 
Vita activa Adama Podgóreckiego
 
Życie toczy się normalną koleiną (w liście z 20 stycznia 1992 r.).
Jeśli w życiu Adama Podgóreckiego było coś, co czyniło je typowym dla części polskiej inteligencji, był to los uczonego i intelektualisty, który z determinacją, w nie sprzyjających warunkach, uparcie bronił swej nie­zależności i prawa do wypowiadania własnych poglądów. Ta obrona była poprzedzona próbą zracjonalizowania opresyjnego systemu i pozbawienia go najbardziej irracjonalnych i najsurowszych elementów. Później, kiedy okazało się, że wszystkie podejmowane pod hasłem „inżynierii społecznej" próby są daremne, będąc już za granicą zabiegał o to, by w przemianie ustrojowej nie zagubiły się pierwiastki moralne. By sprawiedliwości — rozumianej najprościej, jako oddzielenie dobra od zła — mogło stać się zadość, by nie następował rozbrat polityki i etyki.
Osobliwością życia Adama Podgóreckiego — wybitnego socjologa, autora ponad dwudziestu książek i setek artykułów naukowych, wykładowcy naj­lepszych światowych uniwersytetów — było to, że zaczęło się ono toczyć względnie normalną, utartą koleiną, kiedy zbliżał się do siedemdziesiątki.
Wcześniej ustawicznie był w ruchu. W jego życiu było tyle zmian, że starczyłoby ich na kilka życiorysów. Urodził się w Krakowie, ale mieszkał w Katowicach. W chwili wybuchu wojny miał trzynaście lat. Okupację spędził z rodzicami we wsi Charzowice w powiecie miechowskiej, w majątku państwa Ponińskich. Tam, w tajemnicy przed dorosłymi, nawiązał kontakt z partyzantami i zo­stał przyjęty do AK. Powierzano mu rozwożenie po okolicy konspiracyj­nych gazetek. Maturę uzyskał w maju 1945 roku w Kazimierzy Wielkiej w krakowskiem. Nadrabiając stracony dla edukacji czas, w ciągu czterech lat uzyskał magisterium i doktorat z prawa u Jerzego Landego w Uniwersytecie Jagiellońskim (na podstawie rozprawy Związki zawodowe w rozwoju społeczeństwa angielskiego XIX wieku) oraz magisterium z socjologii (przedstawił pracę Socjologia zakładu naukowego).
Ale Polsce Ludowej prawnicy i socjologowie tak wybitni jak Adam Podgórecki nie byli potrzebni. I z wzajemnością — bo on również nie był skory służyć swymi talentami i kwalifikacjami totalitarnemu systemowi. Zatrudnił się na Śląsku, w firmie Energosprzęt w Jaśkowicach koło Skawiny, jako radca prawny. Nie tylko jednak obserwował, jak jego uniwersyteccy koledzy składali trybut władzy ludowej i urządzali się w nowym, „socjalis­tycznym" życiu. Pilnie chłonął dostępną wiedzę, nie ograniczony w swoich lekturach odgórnymi nakazami i zakazami. Żywo też uczestniczył w róż­nych formach niezależnej działalności. Udział w spotkaniach krakow­skiego Klubu Logofagów —jedynego w stalinowskiej Polsce niezależnego klubu dyskusyjnego, który istniał w latach 1947-1949 — i w innych, póź­niejszych grupach niezależnej myśli, przypłacił ciężkimi przesłuchaniami w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Nie chcąc narażać przyjaciół, przez pewien czas trzymał się na uboczu i z nikim prawie nie utrzymywał kontaktów.
Kiedy nastąpiła październikowa odwilż 1956 roku, Adam Podgórecki był dobrze przygotowany do pracy akademickiej, która na krótko uwolni­ła się spod partyjnej kurateli. Najpierw przyjął go na aspiranturę do swej Katedry Logiki Tadeusz Kotarbiński, a niedługo potem (w 1958 roku) dzięki zabiegom Marii Ossowskiej otrzymał etat w jej Katedrze Historii i Teorii Moral­ności na Uniwersytecie Warszawskim. Po profesorze Jerzym Lande, który w Krakowie na trwałe zaraził go ideami Leona Petrażyckiego, byli to najlepsi preceptorzy, jakich na przełomie lat pięćdziesiątych i sześć­dziesiątych mógł spotkać w dziedzinie dobrej roboty naukowej i najwyż­szych standardów osobistych.
 
Byłem już w Carbondale, Urbanie i Waszyngtonie. Mam jechać do Co­lumbus, Madison, Montrealu i Yale. Jest to równocześnie bardzo poucza­jące i bardzo męczące. Proszę mi napisać, czy nie potrzebuje Pan czegoś (21 marca 1972 r.).
Do uzyskanej w roku 1963 habilitacji („Charakterystyka nauk prak­tycznych") dodał w ciągu kilku następnych lat dziesięć książek, których był autorem, redaktorem lub współautorem, oraz dziesiątki artykułów. Jednak zdaniem ówczesnych władz ciągle było to za mało do profesury. Atuty Adama Podgóreckiego w postaci publikacji, zrealizowanych badań socjologicznych i wyjazdów do najbardziej renomowanych uniwersytetów zagranicznych nie równoważyły jego ewidentnych mankamentów. Przede wszystkim nie należał do partii, nie uprawiał marksizmu i nie dekorował nim swoich prac. Nadmiernie natomiast udzielał się w Klubie Krzywego Koła, w nieprawomyślnym Polskim Towarzystwie Socjologicznym i przy­jaźnił się z podobnymi sobie outsiderami. Musiał więc czekać na profe­surę niemal jedenaście lat. Był już wtedy socjologiem o międzynarodowej reputacji. Założył, wspólnie z Williamem Evanem, Komitet Socjologii Prawa przy Międzynarodowym Towarzystwie Socjologicznym, a później Komitet Socjotechniki. Z różnych prestiżowych wyróżnień, jakie go spo­tkały, wystarczy wspomnieć członkostwo w All Souls College w Oks­fordzie oraz roczne pobyty w Center for Advanced Behavioral Studies w Stanfordzie i w Pennsylvania University.
Edynburg robi silne wrażenie. W dzień chce mi się spać, i to bardzo, a w nocy brykać (12 lipca 1996 r.).
Adam Podgórecki był zachłannie ciekawy świata. Gotów był znosić trudy i niewygody dalekich podróży, by uczestniczyć w konferencjach, sympozjach, uniwersyteckich seminariach i wykładach. Był w Australii, Chinach, Japonii, Meksyku, Wenezueli, Nowej Gwinei i w kilkudziesięciu innych krajach. Spotkania naukowe, dyskusje, konfrontacje poglądów i sprawdzanie, co z własnych tez trafia do wielce zróżnicowanego audyto­rium, to był jego świat. Myśl jego jednakże krążyła wokół spraw polskich.
Kiedy wyjechał z Polski — jak się później okazało na ponad dwa­dzieścia lat — mieszkał kolejno w Holandii, Anglii i Kanadzie, gdzie na ottawskim Carleton University przez kilkanaście lat był profesorem socjologii i antropologii. Z Polską jednak nigdy na dobre się nie rozstał. Tutaj były jego korzenie, których nie potrafił i nie chciał się pozbyćpomimo trosk, jakich przysparzały mu krajowe wydarzenia. Nie miał duszy emigranta ani ambicji, by nim zostać. Nie wciągały go głębiej sprawy kraju osiedlenia — Kanady. Tylko od czasu do czasu w coś się angażował, m. in. chciał doprowadzić do zmian organizacyjnych w uni­wersytetach, które pogrążały się w kryzysie. Polska to był inny wymiar. Tutaj, mimo że fizycznie nieobecny, znacznie bardziej był u siebie. Chyba też liczył, że jego rozległe międzynarodowe doświadczenie, wiedza o tajni­kach projektowania społecznego i renoma, jaką się cieszy w wielu kra­jach, okażą się potrzebne Najjaśniejszej III Rzeczypospolitej. Ale na początku lat osiemdziesiątych uważano, że zastanawianie się nad tym, jak urządzić niepodległą Polskę, jest przedwczesne. Później, kiedy naj­wyższe stanowiska w państwie piastowali koledzy, przyjaciele i uczniowie Adama Podgóreckiego, jego „programy polityczne dla Polski" również pozo­stawały bez echa. Ludzie nowej władzy czym innym byli zajęci. Nie mieli czasu na wczytywanie się w opinie, diagnozy i prognozy zaoceanicznego pro­fesora. Podobnie było z jego książką „Społeczeństwo polskie". Choć została zauważona w kręgach akademickich, z szerszym rezonansem się nie spotkała. Wystarczyło, że parę razy wspomniał o komunistycznej przeszłości niektórych późniejszych heroldów przemian wolnościowych i demokratycz­nych, by wpływowe tytuły prasowe książkę zignorowały.
W Polsce można więcej zrobić skandalem niż racjonalnym posu­waniem sprawy naprzód (23 grudnia 1989 r.).
Inaczej niż wielu rówieśników, Adam Podgórecki nie cierpiał na amnezję. Nie tylko pamiętał o niecnych wyborach ideowych, podszytych karierowiczostwem, tchórzostwem, oportunizmem lub cynizmem, lecz dawał temu wyraz w słowie i piśmie. Uczestnikom brudnych — jak je nazywał — wspólnot nie odmawiał prawa do udziału w życiu publicznym (politycznym czy naukowym), lecz domagał się, by rozliczyli się ze swej przeszłości. Powinni przede wszystkim wyjaśnić, czym się kierowali po­wtarzając marksistowsko-leninowskie dogmaty i czyniąc zło w ich imie­niu oraz pod wpływem jakiego to „przełomu" rozstali się z uprawianą do niedawna ideologią i porzucili jej mocodawców.
Zdarzało się, że ci sami funkcjonariusze partyjni, którzy dawniej de­maskowali nieprawomyślność Adama Podgóreckiego, później zjeżdżali do Kanady z odczytami o wybijaniu się Polski na niepodległość i o swojej walce z reżimem komunistycznym. Protesty autora „Społeczeństwa pol­skiego" przeciwko tego typu mistyfikacjom były z   reguły daremne.Wszakże w otwartym, demokratycznym społeczeństwie wolność słowa jest wartością niepodważalną i nikomu nie można zabronić wypowiadania swego zdania. Jeśli okaże się ono fałszywe, niezgodne z faktami, należy je sprostować i w ogniu dyskusji ustalić, „jak było naprawdę". Adam Podgórecki uważał, że uniwersytet jest miejscem szczególnym, w którym należy mówić prawdę i tylko prawdę. Ci wszyscy, którzy w przeszłości tej za­sadzie się sprzeniewierzyli, powinni najpierw publicznie się wytłumaczyć ze swych uczynków. Nie oni też powinni komentować złą przeszłość, któ­rą sami współtworzyli. „Dlaczego — pytał — w epoce posttotalitarnej mie­libyśmy nadal słuchać tych samych głosów, nawet jeśli głoszą one teraz idee sprzeczne z poprzednimi? Czy ludzie ci próbowali wynagrodzić wy­rządzone przez siebie krzywdy?" Nie miał pobłażliwości zwłaszcza dla moralizatorów i katonów wolnościowych cnót, którzy nie tak dawno nastawali na najdrobniejszy przejaw wolności obywatelskich, sławili bratnią przyjaźń z ojczyzną światowego proletariatu, ogłaszali powstanie dwóch odrębnych narodów niemieckich i jednego wielkiego narodu radzieckiego itd. Zdaniem Adama Podgóreckiego, w sytuacji zmiany ustrojowej powinny ulec zawieszeniu — przynajmniej na pewien czas — niektóre zasady prawne, na przykład zasada, że prawo nie działa wstecz. Respektowanie w nowych warunkach ustrojowych tej zasady uniemożliwia pociągnięcie do odpowie­dzialności tych, którzy rzeczywiście, a nie według litery totalitarnego prawa dopuścili się zdrady interesów narodowych.
Problem ten długi czas zaprzątał uwagę Adama Podgóreckiego. Kiedy jednak przekonał się, że jego argumenty nie trafiają do decydentów politycznych, a opinia publiczna też nie jest w stanie ich poznać, bo jego rozrachunkowe teksty nie są drukowane, wtedy w chińskich przypowieś­ciach — a opublikował ich blisko pięćdziesiąt tomików — pojawił się dziwny, przeżarty korupcją kraj Po, którego mieszkańcy nurzają się w występkach, moralne rozpasanie podnosząc do rangi cnoty. Na pytanie, dlaczego w takich czarnych barwach przedstawia kraj rodzinny, autor od­powiadał, że tylko w ten sposób można wstrząsnąć rodakami i pobudzić ich do refleksji. Argument ten nie wszystkich przyjaciół profesora prze­konywał, a dla nieprzyjaciół był świadectwem jego dziwactw i obsesji.
Ona jest rzeczywiście bardzo sympatyczna i mnie lubi, ale jest w sa­mym sercu tego środowiska, które by mnie utopiło i powiesiło naraz (8 grudnia 1989 r.).
Wizerunek Adama Podgóreckiego w oczach bliźnich jest rozdwojony. Dwie połowy tego wizerunku zupełnie do siebie nie przystają. Dla jednych stanowił on ustawiczne zagrożenie, przypominał im brzydką przeszłość. Innych obdarzał serdecznością, ciepłem i uwagą. Pierwsi pałali doń wiel­ką niechęcią, drudzy przez lata okazywali mu podziw, wielkie przywią­zanie i szacunek. Przyczyną rezerwy, niechęci, a w niektórych wypadkach chyba i uczuć nienawistnych — była bezkompromisowość Adama Pod­góreckiego. Wobec ukrywających swoją przeszłość ideowych i moralnych konwertytów nie stosował taryfy ulgowej. Wielu szermierzom swobód i wolności obywatelskich publicznie przypominał — bez względu na ich rangę, pozycję i oficjalnie potwierdzone zasługi — niegdysiejsze wspiera­nie porządku totalitarnego. Uważał, że powinni wytłumaczyć się ze swego oportunizmu i koniunkturalizmu. Kiedy mówiono mu o tym czy owym, że legitymację PZPR-owską oddał jeszcze przed stanem wojennym, pytał: „a czy mieszkanie, które dzięki partii otrzymał, też zwrócił?" Jednakowo nie znosił „farbowanych" patriotów, jak i mitomanów, którzy wymazują ze swych biografii kłopotliwe rozdziały.
W stosunku do przyjaciół — a za takich uważał tylko ludzi porząd­nych, bez kunktatorskich obciążeń — był niezwykle delikatny. Dbał o nich. Z wieloma pozostawał w serdecznych stosunkach przez ponad półwieku. Cenił trwałość przyjacielskich związków i podtrzymywał je po­
mimo różnych przeciwności.
Nikt tak jak on nie zabiegał, by asystenci — a miał ich sporą gro­madkę — zdobyli doświadczenie zagraniczne. To głównie z myślą o nich organizował sympozja naukowe w Pradze, Budapeszcie i Sofii, a potem podejmował usilne starania, by wysłać ich — choćby na krótko — w dal­szy świat. Sprawiało mu autentyczną radość, gdy jego podopieczni zdoby­wali międzynarodowe doświadczenie i zaczynali samodzielnie poruszać się w zagranicznych kręgach uniwersyteckich. Podobną satysfakcję spra­wiały mu publikacje uczniów. Nie tylko do nich zachęcał, lecz także w wielu wypadkach je umożliwiał, przygotowując prace zbiorowe pod swoją redakcją. Nie ma chyba drugiego polskiego socjologa, który by tak wiele rozpraw i książek ogłosił wspólnie z innymi autorami — poczynając od „Poglądów społeczeństwa polskiego na moralność i prawo" z 1971 r., poprzez „Zagadnienia patologii społecznej" z 1976 r., kończąc na „Prawie totalitarnym i posttotalitarnym" z 1996 r. Ten sposób edukacji — zachętyi            intelektualnego zarażania problemami naukowymi — przyniósł owoce.
Spośród piętnastu pracowników warszawskiej katedry Adama Podgó­reckiego sześć osób to dzisiaj profesorowie wyższych uczelni, a kilka innych uzyskało doktoraty i są cenionymi specjalistami w swoich dziedzi­nach. Osobistym przykładem zarażał uczniów i współpracowników bez­interesowną pracą na rzecz środowiska naukowego. To z grona jego byłych asystentów rekrutują się dyrektorzy instytutów naukowych i kierownicy katedr, a także przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, kilku przewodniczących sekcji tego Towarzystwa, redak­tor kwartalnika „Polish Sociological Review", były wicemarszałek Sejmu, były senator itd. Specjalności naukowe uczniów Adama Podgóreckiego są tak zróżnicowane, jak różne były jego naukowe zainteresowania i dokona­nia — a więc socjologia teoretyczna i socjologia prawa, socjotechnika i pa­tologia społeczna, socjologia moralności i metodologia nauk praktycznych.
A może problem lojalności byłby możliwy do badań? Rodzaje lo­jalności, odstępstwa od lojalności, hierarchia lojalności, lojalność wobec ludzi, organizacji, idei, siebie etc. (26 czerwca 1980 r.).
Do studiów na ten temat zachęcał Adam Podgórecki przed sierpnio­wym wybuchem „Solidarności". Narastający kryzys systemu peerelowskiego był odczuwany coraz powszechniej. Być może jego symptomy wyraźniej były dostrzegane poza granicami Polski niż w kraju. Adam Podgórecki był niewątpliwie uważnym i wnikliwym obserwatorem pol­skich wydarzeń. Nie miał wątpliwości, że w systemie realnego socjalizmu stosunki społeczne uległy urzeczowieniu i atomizacji, a więzi międzyludz­kie zostały rozbite. Z tym dziedzictwem poprzedniego systemu III Rzecz­pospolita będzie się musiała jakoś uporać. Lecz jak to zrobić? Z pewnością niełatwo będzie pozbyć się reliktów mentalnych. Należy więc stworzyć takie warunki, by możliwe było zastąpienie starych idei nowymi. W okresie przełomu ustrojowego — zwiastowanego wydarzeniami roku 1980 — szcze­gólne znaczenie mieć będzie głęboko zakorzeniona w świadomości ludzi cała „infrastruktura etyczna". Powszechne przekonanie o tym, co w życiu jest ważne, godne wysiłku i wyrzeczeń, co nadaje mu sens i wartość, zadecyduje o tym, w jakim kierunku następować będą zmiany ustrojowe.
Na pomyślny przebieg reformy wpływ będzie miała praktykowana między ludźmi lojalność, to jak będzie się ona przejawiać w ich wzajem­nych stosunkach. Czy ci — pytał Adam Podgórecki — którzy lojalnie służyli poprzedniej władzy, będą lojalni wobec nowej? Co należy uczynić, by solidarnościowe więzy lojalności mimo różnych „wojen na górze" były trwałe? Na te i podobne doniosłe pytania nikt, niestety, nie poszukiwał odpowiedzi. Mało kto też je stawiał, samo zaś słowo „lojalność" zaczęłonabierać antykwarycznej patyny. Przyczyniła się do tego osoba piastująca ważny urząd państwowy swym oświadczeniem, że lojalność wyraża się w stosunku do instytucji, nie zaś do ludzi, nawet jeśli coś się im zawdzię­cza. Stwierdzenie to nie wywołało szerszego rezonansu („mało to głupstw się słyszy z ust prominentów..."), lecz nie uszło uwagi Adama Podgóreckiego. Dla niego lojalność — we wszystkich jej pozytywnych wymiarach — była cnotą niezwykle cenną. Odczuł boleśnie jej niedostatek w środo­wisku uniwersyteckim, kiedy w roku 1976 został wyrzucony z instytutu, który sam współtworzył, pozbawiony własnej katedry i karnie przeniesio­ny na inny wydział, a nikt z profesorów tej represyjnej decyzji nie próbo­wał zakwestionować. Zastanawiając się po latach, z kim współpraca jest bardziej obiecująca: czy z partnerem błyskotliwym, lecz o wątpliwej lojal­ności, czy też z mniej utalentowanym, lecz pewnym — opowiadał się za tym drugim.
Obecnie trzeba być nie tylko twórcą, ale również, i przede wszystkim, dobrym sprzedawcą swoich „produktów". Inaczej nic nie uzyskuje widocz­ności (5 kwietnia 1985 r.).
Do rynkowej sytuacji, której w znacznym stopniu została podporząd­kowana twórczość naukowa na Zachodzie, Adam Podgórecki nie chciał się dostosować. Ani nie zabiegał o koleżeńskie recenzje swoich książek, ani się nie lubował (jak niektórzy inni autorzy) w cytowaniu samego siebie. Nowoczesny profesjonalizm w nauce, który skłania do autoreklamy swoich umiejętności i wytworów, traktował jak przeciwieństwo uczoności. Tych, którzy wykorzystywali uniwersytety i towarzystwa naukowe do promowania własnej kariery i załatwiania swoich prywatnych spraw, traktował jak zdrajców nauki. Tą bezkompromisową postawą często zra­żał do siebie nie tylko krajowych, lecz także zagranicznych kolegów. Zawsze z największą dezaprobatą wyrażał się o zjawiskach, które nazy­wał „autokatapultowaniem" i „wzajemnym katapultowaniem się". W jed­nej ze swoich chińskich przypowieści napisał dosadnie: „Kura nim zniesie jajo jest skupiona i skromna; dopiero po dokonaniu dzieła podnosi hałas i trzepie skrzydłami. Ludzie uczeni zachowują się odwrotnie: najpierw podnoszą dużo wrzawy, dopiero później składają swe odchody".
O ile jak najdalszy był od promowania własnych „produktów", o tyle częstokroć powracał do tych samych tematów i w różnych kontekstach przedstawiał wcześniej wyrażoną koncepcję. Na pytanie, dlaczego wielokrotnie przedstawia te same wątki, odpowiadał żartobliwie: „Moje idee nie mają nóżek ani rączek, aby się rozpychać, muszę im w tym pomagać".
Zamiast trudnić się handlem własnymi utworami, człowiek nauki po­winien — zdaniem Adama Podgóreckiego — obcować na co dzień ze sztuką (zwłaszcza muzyką) i literaturą piękną oraz w miarę możliwości ćwiczyć się w ich uprawianiu. Będzie wówczas doznawał iluminacji etycz­nej i wyraźniej sobie uświadomi granicę między dobrem i złem, pięknem i brzydotą, szlachetnością i egoizmem.
W tym nastawieniu na wartości i doznania estetyczne nie było cienia moralizatorstwa. Adam Podgórecki był bowiem człowiekiem o wielkim poczuciu humoru, skorym do żartu. Niekiedy był to humor czarny lub nawet zjadliwy, lecz równie często bardzo swawolny, nie licujący z pro­fesorską sztywnością i powagą. Zaskakiwał nim ludzi, którzy mało go znali, podobnie jak niezwykłą wrażliwością na komizm sytuacji. A dla do­brej pointy gotów był wiele poświęcić....
Dzięki za świetny artykuł o Petrażyckim. Ale jak zawsze: doskonałe rzeczy uważa się za oczywiste, a ma się pretensje za pomniejsze (30 maja 1991 r.).
Szczególną cechą naukowej twórczości Adama Podgóreckiego było to, że korzystał z szerokiego spektrum lektur, danych i doświadczeń. Na kar­tach jego książek można spotkać Chrystusa, Machiavellego, Gandhiego, Kafkę, Konfucjusza, Al Capone'a i Prousta. Odwoływał się nie tylko do ustaleń socjologów, lecz także do dorobku przedstawicieli dyscyplin po­krewnych: psychologów, etyków, historyków, prawników. W jego ujęciu, zadaniem socjologii jest nie tylko poznawanie rzeczywistości społecznej, lecz także oddziaływanie na nią. Temu celowi nie służy żadna scholas­tyka, metafizyka i spekulatywne mędrkowanie. Rozumienie i wyjaśnianie procesów społecznych powinno się opierać na racjonalnych podstawach. Myślowe konwenanse i poznawcze stereotypy utrudniają docieranie do prawdy. Rzeczywiste uprawianie nauki nie jest przetrawianiem cudzych myśli, lecz działalnością par excellence twórczą — kreowaniem pełniej­szego, głębiej i trafniej odczytanego obrazu świata. Oryginalność nowych idei była dla Adama Podgóreckiego wartością samoistną. Cenił nade wszystko pomysł, niebanalne skojarzenie, nowe ujęcie starego problemu. Nie zawsze był przy tym dość cierpliwy, by swoim wywodom nadać kun­sztowną formę słowną. Na tym polu wyręczał się stworzonym przez siebie chińskim mędrcem Si-tienem. Ale i w tym wypadku jego słuch językowybył poddany trudnej próbie: pogodzenia polskich niuansów słownych z angielską frazeologią, bowiem przypowieści Si-tiena drukował głównie po angielsku.
Od tych komplikacji wolny jest język muzyki. Adama Podgóreckiego bardzo fascynowała muzyka, głęboko ją przeżywał i był jej znawcą. Na początku lat siedemdziesiątych pozostawał pod urokiem symfonii Gusta-va Mahlera. Później interesował się twórczością Francisa Poulenca, Mi-chaela Tippetta, Luciano Berio, Oliviera Messiaena. W ostatnim okresie życia często słuchał muzyki Karola Szymanowskiego, którego „Stabat Mater" towarzyszyła mu w ostatniej drodze. Zegnały go też na ottawskim cmentarzu słowa Zbigniewa Herberta z „Posłania Pana Cogito":
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
 
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
Zawsze jest jakieś jutro powiedział Si-tien. Tylko raz jeden go nie ma. Dla Adama Podgóreckiego dniem bez jutra był 18 sierpnia 1998 roku.
Ciągle nasze drogi się nie schodzą; to wskazuje, że kiedyś jednak się spotkają na czas dostatecznie długi (14 listopada 1983 r.).
Ci, których zgon Adama Podgóreckiego pozostawił w smutku i zadu­mie, rozstali się z człowiekiem wielkiego serca, hartu i odwagi, wiernym i szlachetnym przyjacielem, wspaniałym mistrzem i niezwykłym nauczy­cielem. Takim trwać będzie w ich pamięci. Wszystkim innym natomiast pozostawił dumne wyzwanie: swoją twórczość i brak pokory.
(w: „Więź” 1999, nr 6, s. 123-132)